Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to… „koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!” Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty „nie mamy pieniędzy”. To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.

Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm… Szklarska, Karpacz – powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)

Już się nie mogę doczekać :)

Opublikowano Dobro, Miłość, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Ja, On, My… od 20 lat razem :)

7.07.1997

Dzień jak każdy inny. On zabrał mnie nad jeziorom- jechaliśmy mercedesem Jego taty, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, jak zwykle, nic szczególnego. Byliśmy przyjaciółmi, opowiadał mi o swoim życiu, ja Jemu o moim. Nie był moim wyśnionym, wymarzonym. Kiedy dzwoniłam i prosiłam, żeby przyjechał po mnie o 3 w nocy na dyskotekę nigdy nie było problemu! Był zawsze, czułam się z Nim dobrze. Nie widziałam w Nim mojego chłopaka, a już na pewno nie męża! Robił dla mnie wszystko. Oczywiście podobało mi się. Przyjechaliśmy pod mój blok, odprowadził mnie do klatki i wtedy to się stało… zapytał czy będę z Nim chodzić! Aaaaaa… myślałam, że ucieknę! Jakoś tak chciałam spróbować i powiedziałam „TAK”, dałam Mu buziaka w policzek i uciekłam do domu. Śmiech mnie ogarnia, jak sobie przypomnę, ale to było niesamowite. W domu długo leżałam w łóżku i nie mogłam dojść do siebie, rozpamiętując ten „namiętny” pocałunek :)

7.07.2017

Dwójka wspaniałych dzieci, cudowny dom, My- kochający się mocniej niż kiedykolwiek! Szalejący za sobą, jak młodzi. Kolacja w restauracji, dobre jedzenie, winko, kolorowe drinki, później wyjazd nad to samo jezioro- jak dwadzieścia lat temu. Niesamowite, jak ten czas leci. Mija wszystko bezpowrotnie, a MY jesteśmy, trwamy, kochamy się, kłócimy, godzimy, przytulamy, szczypiemy, gilgamy, całujemy…

I tak już na zawsze… do końca… RAZEM :)

Opublikowano Dobro, Miłość, Rodzina, Szczęście | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień VII :)

Wtorek 13.06.2017r.

To już ostatni dzień. Żal wyjeżdżać. Nie wiedzieć kiedy to minęło. Najbardziej intensywny tydzień w moim życiu, ale bardzo owocny. Wstałyśmy od rana, biegiem do metra i zgadnijcie gdzie mogły baby pojechać?? Oczywiście Piąta Aleja, Victoria’s Secret, H&M na Times Square, M.A.C. Sklepy nasze, ogromne nerwy, żeby ze wszystkim zdążyć. W końcu o 15:00 mamy opuścić mieszkanie. Dosłownie biegałam po sklepach, żeby zrobić jeszcze ostatnie zakupy. Jak na złość wszędzie długie kolejki do kas, do przebieralni. Szlag by to trafił! Ale dałyśmy radę ze wszystkim. Ostatnie zdjęcia, spojrzenia na zatłoczony Times Square. Biegiem do domu. Około 14.35 byłyśmy na East Village (tam, gdzie mieszkałyśmy), ale byłam tak głodna, że stwierdziłam, że musimy się jeszcze gdzieś najeść. Poszłyśmy dwie ulice od naszej, gdzie mieszkałyśmy i weszłyśmy do Iggy’s Pizzeria. Tam zamówiłyśmy sobie – ja dwa kawałki pizzy, każdy inny, z innymi dodatkami, Wika jeden. Pizza przepyszna! Prawdziwa włoska, cienkie ciasto, nie przesadzone z serem, dodatkami, ale wszystko bardzo smaczne. Najadłyśmy się i mogłyśmy biec do domu, bo pewnie George już czeka. Dużo się nie pomyliłam. Był. Pomógł nam znieść walizki na dół. Pożegnaliśmy się i my poszłyśmy do metra, a On w swoją stronę. Nas czekała prawie 40-minutowa podróż metrem na Brooklyn, później przesiadłyśmy się w pociąg, który rozwozi podróżnych po terminalach na lotnisku. I tym sposobem straciłyśmy 8$, a nie 70$ na taxi! Następnym razem już będę wiedzieć, jak dojechać na Manhattan. W metrze znalazło się kilku facetów, którzy nam pomogli z naszymi walizami. Jeden facet powiedział nam, że pojedzie z nami do naszej stacji i powie co dalej. Tak też zrobił. Dotarłyśmy na terminal 7, z którego o 22:00 miałyśmy lot do Polski. Nie obyło się bez atrakcji. Podczas ważenia walizek okazało się, że mam nadbagaż i zapłacę tylko za bagaż główny 110$! Rozpoczęło się przepakowywanie walizek na podłodze na lotnisku- nie byłam jedyna! Ale w samolocie było mi wreszcie ciepło, bo wszystkie bluzki miałam na sobie :) Cuda robiłyśmy, żeby stracić zbędne kilogramy. Kosmetyki poszły do kosza, wszystko, co wydało mi się niepotrzebne wylądowało w śmieciach. I jak już podeszłam do ostatecznego ważenia, okazało się, że nawet nie mam 20 kilo.

Na lotnisku kupiłam mężowi (za ostatnie dolce) whisky „Gentelmen Jack”. To ucieszyło Go bardzo :) Oczywiście nie mogłam tego zabrać na pokład, więc pani w kasie zapakowała szczelnie w torbę foliową, z mojego biletu spisała dane i alkohol mogłam odebrać dopiero przed wejściem do samolotu.

Powrót Dreamlinerem- o wiele wygodniejszy niż ten, którym leciałyśmy do NY. Jedyna wada to polska załoga, która była naburmuszona, obrażona, nie potrafiła profesjonalnie się zachować. Stewardessy były raczej irytujące i denerwujące, niż pomocne. Pilot tak szarpał samolotem, jakby pierwszy raz leciał. Cieszyłam się kiedy bez problemów wylądowaliśmy w Warszawie na Okęciu. Na lotnisku po dopełnieniu wszystkich formalności, przywitali nas nasi najbliżsi. Mój mąż z bukietem pięknych kwiatów, stęskniony, przytulił mnie tak, jakbyśmy się z rok nie widzieli. To było nam potrzebne. Chociaż kolejny wylot już razem :)

Było wspaniale. Nie zamieniłabym tego za nic. Nie żal mi pieniędzy, czasu, nerwów, strachu. Warto było. Dałam radę i jestem z siebie bardzo dumna! :) Polecam każdemu!

Opublikowano Dobro, Kino, Kuchnia, Literatura, Miłość, Muzyka, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień VI :)

Poniedziałek 12.06.2017r.

Kolejny dzień pełen wrażeń. Tego dnia wizyta też na drugim końcu wyspy. Dziś kilka atrakcji, ale niesamowicie pięknych, ważnych, ciekawych. Byłam bardzo podekscytowana. Około 10.00 wyruszyłyśmy na statek Circle Line Cruises, którym miałyśmy opłynąć wyspę. Pojechałyśmy w tamtą stronę metrem. Później musiałyśmy kilka przecznic przejść pieszo. Po kilku przecznicach okazało się, że poszłyśmy w drugą stronę- mapa nam podpowiedziała :) Nie było problemu- cofnęłyśmy się i poszłyśmy do portu. Port dość duży, nasz prom stał i czekał na klientów, inne promy przypływały, odpływały, na zmianę. Stała też ogromna motorówka, pomalowana na zielono, z zębami- rekin! Niesamowite wrażenie. Kiedy ludzie wsiedli, motorówka mimo swoich gabarytów, na pełnej mocy wycofała i wypłynęła daleko od portu. Miała takie odejście, że zastanawiałam się jakie to uczucie (dopiero po powrocie wieczorem do domu, obejrzałam nasz CityPass i okazało się, że mogłyśmy tym płynąć za free!- nic straconego, następnym razem).  Wymieniłyśmy karnet na bilet i poszłyśmy wsiąść na pokład- przed wejściem jak do każdej atrakcji- stały osoby z obsługi, bardzo miłe kobiety, jedna czarnoskóra- fantastyczna babka, której spodobał się mój wachlarz! Wymieniłyśmy kilka zdań- powiedziałam jej, że ten wachlarz ma 30 lat- zareagowała bardzo żywo, z uśmiechem i humorem przeprowadziła nas przez zdjęcia, po czym wprowadziła na pokład. Uwielbiam Nowy Jork za fantastycznych ludzi, za uśmiechy, pozdrowienia, życzliwość, bardzo mi tego brakuje. Tam na każdym kroku można spotkać się z życzliwością i nie interesuje mnie czy to jest prawdziwe czy nie- człowiek czuje się cudownie mając wokół tak świetnych ludzi- chce się żyć :) Najpierw usiadłyśmy na samym tyle, ale upał prawie 40-stopniowy nie dał nam długo siedzieć. Poszłyśmy do środka, gdzie była klimatyzacja. Po odbiciu od portu musiałyśmy wyjść na zewnątrz, ponieważ dopiero tam mogłyśmy poczuć i zobaczyć wszystko z tej najlepszej perspektywy. Zrobiłam mnóstwo pięknych zdjęć. Mogłam obejrzeć całą wyspę z pięknego promu. Cała dzielnica finansowa wyglądała nieziemsko, później przepłynęliśmy pod Mostem Brooklińskim i Manhattańskim. Tam są piękne zdjęcia. Statua Wolności z bliska wygląda nieziemsko. Płynęliśmy dość długo, bo prawie 3 godziny. Po powrocie poszłyśmy do metra i dalej zwiedzać wyspę.

Kolejnym punktem na mojej liście atrakcji było Muzeum 11 września. Z jednej strony cieszyłam się, tą atrakcję zostawiłam na koniec. Muzeum zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ja pamiętam tamten straszny czas. Wika oglądała wszystko z zapartym tchem. Dotarłyśmy na miejsce, muzeum jest usytuowane pomiędzy fontannami, które powstały w miejscach po wieżach WTC. Muzeum jest bardzo duże. Zjeżdża się w dół schodami i powoli wyłania się tragedia, która miała miejsce 16 lat temu. Wszędzie są pozostałości po wieżach, wydobyte z gruzów. Jest ściana, są schody ocalałe z gruzów, silniki od wind, ambulans i wóz strażacki wydobyte z gruzów. Wszędzie wyświetlane są cytaty z osób, które zginęły w wieżach, w samolotach. W tle można usłyszeć ostatnie rozmowy osób, dzwoniących z biur, samolotów. Po kolei odkrywamy co się wówczas stało. Najpierw mamy dwie wieże, pokazane na kilka minut przed atakiem, filmy ludzi- turystów, którzy nagrywali Nowy Jork przed atakiem. Następnie pokazany jest atak i każda minuta po nim. Idziesz powoli i oglądasz tragedię tysięcy ludzi. Widzisz uśmiechy, zabawę, chwilę później samolot wbija się w wieżowiec, konsternacja, wszyscy krzyczą, niedowierzanie. Mija chwila, wszyscy zastanawiają się co to było i kolejny samolot wbija się w drugą wieżę. Wtedy nie ma już wątpliwości. Na ścianach Muzeum telewizory, na których wyświetlane są wiadomości z całego świata z jednym widokiem- płonące wieże WTC. Po kolei oglądasz obrazy, słuchasz dźwięków, całe twoje ciało pochłania sygnały płynące z każdej pamiątki po wieżach, po ludziach tam pracujących, po strażakach, którzy tam zginęli. W dodatku w Muzeum jest zimno, światło jest przyciemnione. Zrobiono zakamarki, w których można oglądać krótkie, kilkuminutowe filmy, słuchać rozmów z wież kontroli lotów, z samolotów. Ostatni stop poświęcony jest samej Al Kaidzie. Jest tam mowa o Bin Ladenie, o całej organizacji, ludzie muszą wiedzieć o co poszło, co było powodem tak okrutnego ataku. Wszędzie stoją takie wysokie tuby, wyglądające jak śmietniki, ale w tym wypadku to pojemniki z chusteczkami higienicznymi. Wielu ludzi poruszonych, płaczących, rozmawiających, wymieniających doświadczenia z tamtego okresu. Niesamowite. Widać jednak, że Ameryka jest silna i dała sobie radę, podniosła się z tej ogromnej tragedii. Wszędzie czuć tam nadzieję na lepsze jutro. Wrażenie niesamowite, wspomnienia wracają, człowiek wychodzi skupiony, zasmucony, ale z nadzieją.

Oczywiście poszłyśmy zobaczyć fontanny. Dookoła nazwiska ofiar. Gdzieniegdzie włożone białe kwiatki, oznaczające, że dana osoba obchodzi urodziny. Człowiek uświadamia sobie ogrom tragedii. Wszędzie pełno ludzi, dookoła drzewa, miejsca do siedzenia. Można usiąść, podumać, pomyśleć. Idąc dalej, kawałek od fontann, facet w ciemnych okularach z psem zaczepił młodą dziewczynę, ciągnącą walizkę, kazał jej stanąć, pies obwąchał bagaż, podziękował i poszedł dalej. To mną bardzo wstrząsnęło, bo to oznaczało, że zagrożenie jest nadal realne i każdy obok może być potencjalnym zamachowcem. Dlatego też wszędzie widoczna jest policja, dużo policji, zwykłej drogówki i tych ubranych na czarno, w kamizelkach kuloodpornych, z długą bronią.

Powoli szłyśmy dalej idąc w kierunku Wall Street. Bardzo chciałam zobaczyć centrum finansowe. W końcu z tego też znany jest Nowy Jork. Muszę stwierdzić, że ten rejon jest bardzo dziwny. Czułam się tam jak w Harrym Potterze. Nie wiem dlaczego. Uliczki zawiłe, kręte, rozwidlenia- tam kończy się typowa szachownica, która tak bardzo ułatwia chodzenie w Nowym Jorku i orientację w terenie. Weszłyśmy na kawę do Starbucks’a, zero krzeseł, tylko jeden mały stoliczek do oparcia się. Wall Street tym właśnie się charakteryzuje- szybko, nie ma czasu na siedzenie z kawką. Pełno ludzi z teczkami, w garniturach, spieszących gdzieś. Dosłownie przez przypadek trafiłyśmy na słynnego byka! Oczywiście ludzi co niemiara! Naprzeciw byka postawiono jakiś czas temu dziewczynkę. Ludzie stoją w długich kolejkach, żeby zrobić sobie zdjęcie przy byku i dziewczynce. Jeszcze mnie coś nie opuściło, żeby stać nie wiem ile i czekać. Dlatego swoim zwyczajem, jedną ręką dotknęłam byka (czyli będę bogata i to nie ulega wątpliwości :) chociaż mój mąż mówi, że to się nie liczy, bo to trzeba byka jaj dotknąć!), drugą robiłam sobie selfi :) później z daleka walnęłam sobie selfiacza z dziewczynką i pasuje :) Mogłyśmy pójść dalej. Zmęczone, ale mega szczęśliwe poszłyśmy do metra i do domu. Dach, piwko, odpoczynek, później pakowanie walizek, bo następnego dnia wylot.

Cudowny Nowy Jork. Chciałabym tam wracać co rok.

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Literatura, Miłość, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień V :)

Niedziela, 11.06.2017r.

Kolejny intensywny dzień w Nowym Jorku. Bardzo chciałam, żeby mój mąż był ze mną. Fajnie byłoby spędzić 10 rocznicę ślubu właśnie w tym wyśnionym, wymarzonym miejscu. No ale… nic straconego, jak już wspominałam ja mam wizę na 10 lat, a Jemu się załatwi :)

W ten dzień zaplanowałam wyjście w drugą stronę, czyli Dolny Manhattan. Tam też jest wiele do zobaczenia i dlatego musiałyśmy tam pójść. Tradycyjnie ok.10.00 wstałyśmy, wyszykowałyśmy się i ruszyłyśmy w kolejną podróż po nieznanym lądzie :) Wsiadłyśmy do metra, które zawiozło nas niedaleko Soho. Byłyśmy niesamowicie ciekawe jak tam jest. Soho to bardzo bogata dzielnica, unikatowe sklepy, można tam kupić drogie rzeczy. My z Wiką szukałyśmy sklepu z kosmetykami Kylie Jenner. Ja oczywiście nie wiedziałam o co chodzi, ale Wika miała w planie kupić kilka kosmetyków. Przeszyłyśmy SOHO wzdłuż i wszerz, i nigdzie nie znalazłyśmy tego sklepu. Miał być obok sklepu sportowego Nike, przechodziłyśmy tam kilka razy, ale nic nie znalazłyśmy. W końcu zrezygnowane poszłyśmy dalej, ale obiecałam Wiktorii, że jak już będziemy w domu, to poszukamy gdzie znajduje się ten sklep i wrócimy tam (okazało się finalnie, że sklep zlikwidowali i jest tylko jeden w Los Angeles). Pozwiedzałyśmy trochę, weszłyśmy do sklepów, żeby zobaczyć te ekskluzywne towary i poszłyśmy dalej.

Kolejne było Little Italy. Napis nad zamkniętym dla pojazdów deptakiem witał wszystkich przychodzących. Tam było kolorowo. Restauracje, sklepy, ciuchy, pamiątki, nawet stragan Merry Christmas! Piękna sukienka, którą chętnie kupiłabym, bo po przyjeździe idziemy na wesele, więc byłoby jak znalazł, ale 160$ to zdecydowanie za dużo.

Następne Chinatown! Dużo straganów, sami Chińczycy. Chyba weszłyśmy w mało turystyczne miejsce, bo turystów nie widziałyśmy praktycznie wcale. Za to na straganach piękne, kolorowe, nieznane mi owoce- Red Dragon, Jack Fruit- oba bardzo słodkie. Później żałowałam, że nie kupiłam, ale nie miałam gdzie ich trzymać i cały dzień musiałabym je nosić ( a po ostatnim dniu z butami miałam już dość). Wszędzie chińskie sklepy, napisy, restauracje, lampiony. Oczywiście musiałam kupić kilka pamiątek w sklepie, t-shirtów i czapek. Były te same ciuchy co na Times Square, ale pięć razy tańsze. Bardzo głodne weszłyśmy do jednego z barów Xi’an Famous Foods, który był opisany przez Magdę w Jej książce. Ja zamówiłam makaron z kurczakiem, Wika makaron z wieprzowiną. Wydałyśmy niecałe 10$, ale dostałyśmy pełen talerz pysznego makaronu i najadłyśmy się do syta. Ten smak pamiętam do dziś- pycha! Przeszłyśmy ulicami Chinatown z mapą w ręku. Cały czas kierowałyśmy się na drogę rowerową na Manhattan Bridge, bo na Brooklyn Brigde drogowskazów nie było. Stwierdziłam jednak, że to w tą samą stronę, więc z pewnością dojdziemy tam, gdzie chcemy. Minęłyśmy budynek Sądu- piękną, starą, ogromną budowlę. Szłyśmy w pełnym słońcu, 35 stopni, żar z nieba, a my wytrwale pieszo, kolejny kilometr, idziemy na ukochany most. Wreszcie dotarłyśmy! Uwierzcie mi, jak wchodziłam na most, widziałam te przęsła, liny, deski, flagę Ameryki, w gardle mnie ściskało. Wzruszyłam się, normalnie, to uczucie nie do opisania. Wspaniałe uczucie być w miejscu, które do tej pory było tylko w sferze marzeń, w kosmosie. A teraz ja idę, robię zdjęcia, nagrywam filmiki. Najlepsze uczucie EVER! Dość szybko przeszłyśmy przez cały most, po drodze zatrzymując się, żeby spojrzeć wkoło. Poszłyśmy odpocząć, usiąść na trawie pod mostem, zadzwonić do Polski i pokazać gdzie jesteśmy i co robimy. Jak już odpoczęłyśmy poszłyśmy z powrotem. Zdecydowałam, że jeszcze pójdziemy do WT One zobaczyć jaki widok jest z najwyższego budynku w Nowym Jorku. W jednym z parków usiadłyśmy, żeby odpocząć. W pewnym momencie zaczęły zewsząd zjawiać się wiewiórki. Cudowne, malutkie, przyjazne, stające na dwóch łapkach i dosłownie proszące o orzeszka. My nie miałyśmy im co dać, ale przyszedł pewien pan, który miał cały wielki wór z orzeszkami. Zaczął je karmić. Zauważył, że jesteśmy rozbawione i zainteresowane tymi malutkimi zwierzątkami. Dał Wiktorii orzeszki i mogła sama je pokarmić. Była zachwycona, wiewiórki też. Po krótkiej rozmowie z owym panem okazało się, że mieszka niedaleko od lat i przychodzi tu codziennie dokarmiać wiewiórki. Świetny gość. Pożegnałyśmy się i poszłyśmy dalej.

Podeszłyśmy do budynku WT One, najwyższego budynku w Stanach Zjednoczonych. Wieżowiec ma taras widokowy na 102 piętrze, wysoki na 541 metrów (czyli 1776 stóp- Deklaracja Niepodległości). Budynek nazwany Wieżą Wolności, wybudowany po zamachach z 11 września 2001 roku. Oddany do użytku w 2014 roku. Dzięki temu, że miałyśmy CityPass dostałyśmy bilety taniej i weszłyśmy bocznym wejściem, jak jakieś VIP! :) Ale mi było fajnie. Chwila rozmowy z ciemnoskórym chłopakiem sprzedającym bilety, czarodziejski uśmiech i chciał jechać z nami do domu- uświadomiłam mu skąd przyjechałyśmy, bo nie bardzo wiedział gdzie jest Polska :) Weszłyśmy bocznym wejściem, wsiadłyśmy do windy i zaczęło się! Najpierw film wyświetlany na ścianach windy. Film pokazywał na którym piętrze się znajdujemy, jak szybko jedziemy oraz świat na zewnątrz, jak wszystko rośnie wraz z każdym piętrem. Obłędny widok. Ciarki na całym ciele. Po 52 sekundach wysiadłyśmy na 102 piętrze. Obsługa poinformowała nas, żebyśmy ustawili się naprzeciw ściany, jeden obok drugiego. Dziwne trochę, ale myślę coś to musi oznaczać, chyba coś się będzie działo. Nagle na trójwymiarowej ścianie zaczęli wyświetlać film reklamowy, na którym widoczne były wszystkie symbole Nowego Jorku i Ameryki. Głośna muzyka, obraz, zrobiło wrażenie. Ale tego, co się stało na końcu w życiu się nie spodziewałam! Nagle ściana zaczęła się podnosić, słońce mocno świeciło, więc dopiero po chwili ujrzałam cudowny, fantastyczny widok na cały Nowy Jork – ze 102 piętra! Wtedy nie wytrzymałam i puściłam łezkę. Widok stamtąd zapierał dech w piersiach. Wreszcie wpuścili nas na taras widokowy. Można było zobaczyć nie tylko wyspę, ale też Brooklyn, Statuę Wolności, New Jersey i jeszcze dalej. Cudowny widok. Trudno było stamtąd iść, ale było już dość późno, musiałyśmy jeszcze do domu dojechać. Wychodziłyśmy z niedosytem, ale następnego dnia miałyśmy tu wrócić do muzeum 11 września, więc nic straconego.

Dotarłyśmy bez problemu do metra. Pojechałyśmy na Pierwszą Aleję. Do sklepu po piwko, chleb, wędliny i coś na rano. Do domu i od razu szłyśmy na dach. A tam nasz niesamowity widok. Zmęczenie ogromne, ale zadowolenie jeszcze większe. Każdemu życzę takiego wyjazdu. Wyprawy w marzenia. To niesamowite uczucie. Coś jak sen.

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Miłość, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień IV :)

Sobota 10.06.2017r.

Z uwagi na to, że co chciałyśmy wejść do biblioteki publicznej to była zamknięta, wczoraj spojrzałyśmy już na godziny otwarcia i wreszcie nam się udało ok.11.00 przed południem wbić do tego budynku. Oczywiście na wejściu sprawdzanie zawartości toreb, rozumiem. Ja niestety cały dzień musiałam chodzić z reklamówką a w niej pudłem z butami dla męża, które kupiłam na Times Square na samym początku dnia! Pod koniec miałam ich już dość i najchętniej zostawiłabym je w cholerę. Ale szkoda, znalazłam w końcu takie, jakie mu się podobają i rozmiar dostałam! Tyle dałam radę :) I tak targałam ten wielki karton ze sobą przez cały Manhattan. W Bibliotece przepięknie. Budynek robi ogromne wrażenie. Ale coś mi się nie bardzo zgadzało z tym, co w filmach widziałam. Cóż… kilka takich budynków widziałam, które na potrzeby filmu zostały „lekko” zmodyfikowane :) W budynku ogromna ilość książek, woluminów, stoły, komputery, można usiąść, poszukać interesujących nas rzeczy. Sklepienia pięknie malowane, chmury, jakby się w niebo patrzyło. Cudownie. Na to czekałam. Tych budynków nie mogłam się doczekać.

Później przespacerowałyśmy się Piątą Aleją, po drodze mijając paradę Hari Kriszna. Kolorowo, pięknie, pełno pięknych kobiet ubranych w kolorowe stroje. Balony, muzyka, żywe kolory. Pięknie. Później trafiłyśmy do Rockefeller Center, gdzie w miejscu słynnej choinki, którą kiedyś chcę zobaczyć, stoi dziewczynka- dmuchana baletnica. Pięknie to wyglądało i kilka razy jej szukałyśmy, niestety nie mogłyśmy jej znaleźć :) Rockefeller Center robi wrażenie. Później poszłyśmy spacerkiem do ZOO w Central Parku. I co? Oczywiście wygląda to troszkę inaczej niż w „Pingwinach” :) Obejrzałyśmy pingwiny w podziemiu, ptaszki. W restauracji na terenie ZOO zjadłyśmy „pyszne” fast foody (pizza, frytki, kurczak, hot dog) – aż mi się niedobrze robi jak sobie pomyślę :) Poszłyśmy dalej, bo tego dnia miałyśmy zaplanowane jeszcze muzeum The MET- Metropolitan Museum of Art. Szłyśmy chodnikiem, ulicą obok jeździły przepiękne limuzyny, bardzo drogie auta, no i oczywiście żółte taksówki (przy Central Parku są najdroższe mieszkania).

Muzeum wrażenie robi już z daleka. Kolejny ogromny budynek, z pięknymi kolumnami, fontannami. W środku przepych, wiele eksponatów, obrazów, rzeźb. Obrazy z pejzażami zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie obraz Claude’a Moneta, najlepszego moim zdaniem impresjonisty- uwielbiam jego prace. Ach… uczta dla ducha i oczu :) Nacieszyłyśmy oczy, porobiłam zdjęcia i poszłyśmy dalej. Byłyśmy praktycznie w Central Parku, więc weszłyśmy, usiadłyśmy na ławce przy takiej szerokiej alei, którą spacerowali sobie ludzie, nigdzie się nie spiesząc. Posiedziałyśmy, odpoczęłyśmy, kupiłyśmy hot-doga (tak małego, że moja 4-letnia Pola by się tym nie najadła!), wodę i ruszyłyśmy zobaczyć co też tam się dzieje w sobotę. I co? Szaleństwo! Pełno ludzi! Ale naprawdę pełno. Wszędzie, na każdym wolnym skrawku trawy, kamienia, wszędzie! Na ławkach, fontannach. Trafiłyśmy w miejsce, gdzie za ogrodzeniem ludzie jeździli na rolkach i wrotkach. Raczej dominowali czarnoskórzy, ale te ich kocie ruchy! Nagrałam tam kilka filmików, bo tego nie da się opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Większość ludzi starszych, kolorowo ubrani, na rolkach- wrotkach i jeździli w rytm muzyki, którą puszczał DJ. Miał swoje miejsce na środku tego placu, a wokół oni jeździli, robili różne układy. Fantastycznie. Cudowni ludzie, radośni, weseli, roztańczeni, rozbawieni. Dlaczego w Polsce tak mało ludzi starszych i uśmiechniętych, zwariowanych. Tam każdy się bawi, spełnia swoje zachcianki, realizuje swoje pasje. Ludzie zgromadzili się wokół, żeby oglądać to niesamowite zjawisko, a oni po prostu jeździli, bawili się wspólnie, śmiali, tańczyli, śpiewali.

A później już nuda- Piąta Aleja, Victoria’a Secret i powrót do domu. A tam stwierdziłyśmy, że pójdziemy wreszcie na dach budynku. Okazało się, że to była najlepsza decyzja. Zastanawiałyśmy się dlaczego wcześniej tam nie dotarłyśmy. Widoki niesamowite. Wokół Empire State Building, Chrysler Building, z daleka WT One i okoliczne dachy, na których ludzie robili sobie imprezy- przecież to sobota- a ja z jednym piwkiem. Na naszym dachu puste ławki, żadnych ludzi- grzeszą, dosłownie grzeszą! Mieć taki dach i takie widoki i nie korzystać! Nie wiedzą co tracą. My posiedziałyśmy trochę, pogadałyśmy, a później do pokoju, kąpiel i spać.

Jutro też jest dzień i kolejne atrakcje :)

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Miłość, Muzyka, Nowy Jork, Ogród, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień III :)

Piątek 9.06.2017r.

Zmęczone po wczorajszych wojażach na Brooklynie wstałyśmy nieco później :) Nie chce się wstawać – zmęczenie jest ogromne. Nie mówię o jakiś niedogodnościach, które są związane ze zmianą czasu, bo na to nie miałyśmy nawet czasu. Ale w końcu przyjechałyśmy tu tylko na tydzień, więc mamy tylko kilka dni na zobaczenie wszystkiego, co dla nas zaplanowałam- a trochę tego jest :)

W ten dzień zaplanowałam Muzeum Historii Naturalnej- uwielbiam „Noc w muzeum”! I ja tam? Ależ byłam podekscytowana! Muzeum zlokalizowane naprzeciw Central Parku, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania, ale w końcu mamy metro i jesteśmy już takie „obyte”. Przepiękny, stary, ogromny budynek. Na wejściu szkielety dinozaurów. Pełno ludzi. Mimo, że miałyśmy karnety City Pass to musiałyśmy stać w kolejce, ale to nic. Mogłyśmy wybrać sobie seans w kinie w Muzeum. Poza tym mogłyśmy się rozejrzeć, zobaczyć jak w środku jest pięknie. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, aż nas nogi rozbolały. Trochę się różni od tego, co było w filmie- nie było tego gościa na koniu, co go grał Robin Williams! :) Kilku innych rzeczy też nie było! Ale za to…. byłam w MUZEUM HISTORII NATURALNEJ W NOWYM JORKU!!!! Mojego szczęścia nie było końca. Narobiłam tyle zdjęć, że samo oglądanie mnie znudzi i na samą myśl o tym muzeum będzie mnie mdlić! :)

Po wyjściu z Muzeum poszłyśmy sobie kupić Smoothie, drogie bo aż 7$, ale za to przepyszne, robione na miejscu przy mnie, z owoców przeze mnie wybranych. Poszłyśmy spacerkiem do Central Parku. Piękny, fantastyczny Central Park. Dający schronienie wiewiórkom, ludziom chcącym wypocząć, pojeździć na rolkach, rowerze, pograć w różne gry zespołowe, porozmawiać ze znajomymi, albo po prostu dający odpoczynek każdemu kto chce chwili z dala od zgiełku ulicy, wieżowców, klaksonów. Wspaniały park, najpiękniejszy jaki widziałam. Ogromny! Szłyśmy i szłyśmy, i nie było końca. Mniej więcej orientowałam się gdzie możemy być, ale wszędzie są dróżki, kręte, skręcające to w jedną to w drugą stronę. Co chwilę piękne mosty, mosteczki, stawy- mniejsze, większe, pełno ludzi w łódkach. Zza drzew wystające budynki, a w parku cisza, tylko co jakiś czas grający ludzie- to na skrzypcach, na saksofonie, trąbkach, gitarach. Cudownie :) Aż się chciało cieszyć i uśmiechać do wszystkich. Najpiękniejsze widoki. Próbowałyśmy trafić do ZOO, ale niestety nie udało nam się- trochę kiepskie oznakowanie w parku (praktycznie drogowskazów nie było), a mapy ZOO w kilku miejscach. Miałam jeszcze kilka miejsc zaplanowanych, więc poszłyśmy dalej. Szybka sesja zdjęciowa przez hotelem Plaza (tam, gdzie Kevin był sam w Nowym Jorku ) :)

Kolejnym miejscem był taras widokowy Top Of the Rock w Rockefeller Center. Chciałam zobaczyć Central Park z góry. Na wejściu zwisające z sufitu kamienie Swarovskiego, w słońcu pięknie się mieniły- zrobiłam piękne zdjęcie na ich tle. Z tarasu Top of the Rock jest najlepszy widok. Rzeczywiście chodziłam jak zaczarowana. Musowo zrobione zdjęcia na tle Central Parku. Pochodziłam dookoła i zrobiłam zdjęcie Empire State Building, WTOne, całej okolicy i poszłyśmy dalej zwiedzać. Szłyśmy Piątą Aleją, podziwiałyśmy piękne sklepy, obowiązkowo zajrzałyśmy do salonu Victoria’s Secret. Ogromny sklep, 3 piętra. Na wejściu stoi pan, który wpuszcza klientów. W środku przepiękne zdobienia, wszędzie zdjęcia modelek z wybiegów, stroje wybiegowe, bielizna. Obłędny zapach. Oczywiście kupiłam jeden z zapachów- pachnie nieziemsko. Na każdym piętrze bielizna, perfumy, a na ostatnim pomieszczenie ze strojami z wybiegów, zrobione stanowisko na wzór tego, przy którym projektanci wymyślają stroje, dobierają materiały. Próbki materiałów przy każdym modelu, zdjęcie wybiegowe modelki- magia. Zabrałyśmy po jednym plakacie- nie wiedząc co dokładnie znajduje się w środku (mąż cieszy się ze zdjęcia 70cm x 100cm modelki w bieliźnie wiszącego w sypialni). Samej mi się podoba i to był mój pomysł.

Po drodze kilka zdjęć na tle wymyślnych fontann w różnych kształtach. I tradycyjnie ostatnie miejsce na chwilę odpoczynku, zjedzenie pysznego fast food’u (zestaw z Maka na Times Square). Od tego śmieciowego jedzenia tak spuchłam, że już mi chyba nic nie pomoże. Nawet tabletki na żołądek nie pomagają. Jeszcze tylko zdjęcie zachodzącego słońca między budynkami, do metra i do domu.

Jeszcze tylko zakupy na 14 ulicy- chleb, woda, wędlina, sałatki- i do domu. Kąpiel, telefon do bazy w Polsce i spać. Jutro kolejny, wyczerpujący dzień.

Opublikowano Kuchnia, Miłość, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień II :)

Ciężko mi idzie to pisanie! Emocje już trochę opadły, chociaż często wracam myślami do Piątej Alei, do Times Square, do Central Parku. To naprawdę piękne miejsca, niespotykane nigdzie indziej i mające swój urok.

Czwartek 8.06.2017r.

Drugiego dnia miałyśmy zaplanowane zwiedzanie Brooklynu z Magdą z Littletownshoes.com, więc rano pobudka, książka „Z Nowym Jorkiem na NY” i metrocard w rękę i wio. Poszłyśmy już „trochę” zorientowane do metra, weszłyśmy na pewniaka, co kilka minut metro podjeżdżało, więc chwilę się zastanowiłyśmy, rozejrzałyśmy i zgodnie z tym, co powiedziała Magda najpierw linią L, potem w E i jedziemy. Duma nas rozpiera, uśmiechy na twarzy, rozmowy jakie to metro jest proste w obsłudze itd. itd. Po pewnym czasie – jakieś 15 minut później- coś mi nie pasowało. Odpaliłam aplikację w telefonie i co się okazało? Że pojechałyśmy w drugą stronę i jesteśmy w Harlemie :) Na przedostatnim przystanku wysiadłyśmy, wyszłyśmy z metra i moim oczom ukazał się Harlem, mało bezpieczna dzielnica- niskie zabudowania, wolno jeżdżące auta a w nich czarnoskórzy panowie, muzyka na cały regulator, ciarki mi przeszły, ale nie dałam po sobie poznać strachu. Po drugiej stronie ulicy wejście do metra w drugą stronę- na Brooklyn, czyli tam, gdzie miałyśmy pierwotnie jechać. Szybko przeszłyśmy przez ulicę i biegiem do metra. Jak już byłyśmy w metrze kamień spadł mi z serca. Dojechałyśmy już na miejsce bez problemu z lekkim 20-minutowym opóźnieniem. Przywitała nas Magda z pięcioosobową rodzinką, z którą spędziłyśmy cały dzień.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie od tych pięknych miejsc na Brooklynie, po drugiej stronie Manhattanu. Rzeczywiście widok na Manhattan najlepszy jest z Brooklynu, wtedy można ujrzeć wszystko z lepszej perspektywy. Rozpoczęliśmy od spaceru z widokiem na Manhattan, najpierw dzielnica z kamienicami- tymi z filmów, z tymi fajnymi schodami, na których każdy marzy, żeby sobie usiąść- oczywiście nie omieszkałam usiąść i zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Piękne miejsce. Zrobiłam sobie zdjęcie pod mostem Brooklyńskim, o którym zawsze marzyłam. Kolejne zdjęcie na tle mostu Manhatańskiego- miałam na FB takie zdjęcie i obiecałam sobie, że wstawię kiedyś takie zdjęcie ze mną na tle mostu- i tak się stało :) I tak powoli, powoli szliśmy sobie Brooklynem, najpierw dzielnica DUMBO, potem Brooklyn Heights, Williamsburg i Greenpoint. Mieliśmy cały dzień, więc po co się spieszyć. Oczywiście najpiękniejsze kamieniczki w dzielnicy, w której ludzie zarabiają 200.000$ rocznie, później też nie brzydkie kamieniczki, gdzie ludzie zarabiają po 40.000$ rocznie, później 30.000$ rocznie, przez Williamsburg aż po Greenpoint.

Po drodze zwiedziliśmy Bushwick, czyli dzielnicę, w której widziałam chyba najpiękniejsze graffiti. Zjeżdżają tam najlepsi graficiarze z całego świata i malują na nowo co kilka miesięcy. Piękne murale, wszystko malowane w 3D, więc bardzo realistyczne.

Zwiedziliśmy Williamsburg, który jest nazywany mekką hipsterów. W południowym Williamsburgu mieszkają też ortodoksyjni Żydzi. Przeszliśmy po chasydzkiej dzielnicy, która robi wrażenie. Wszędzie widać kobiety w perukach, w spódnicach za kolana, w koszulach, pulowerkach, z dziećmi. Mali chłopcy z pejsami, w jarmułkach, starsi mężczyźni w płaszczach, kapeluszach. Kraty w oknach! Dlaczego? Ponoć Żydzi mają jeden dzień w tygodniu, gdzie przez cały dzień muszą być pootwierane okna, więc żeby nikt ich nie okradł na stałe mają kraty. To straszne, ale taka jest ich tradycja. Wszędzie są napisy żydowskie, na sklepach, na żółtym szkolnym autobusie również.

Oczywiście była też polska dzielnica Greenpoint. Szczerze powiem- myślałam, że będzie więcej akcentów polskich. A tu nic! Gdyby nie to, że przed sklepem zauważyłam Nałęczowiankę, to nie wiedziałabym, że to polska dzielnica. Myślałam, że będzie jak w „Samych swoich” w Chicago- nazwy sklepów po polsku, polskie nazwiska. Niestety.

Podobały mi się też sklepy z rzeczami, w którym starsze Afroamerykanki chodzą na msze gospel. Pewnie nie raz widzieliście na filmach jak wyglądają msze gospel. Czarnoskórzy ubrani na kolorowo, panie w garsonkach w jednym kolorze z pięknymi kapeluszami- takie właśnie stroje są do kupienia! Myślałam, że to tylko na filmach a tu naprawdę. Cały czas jest taka tradycja. Magda mówiła, że bardzo poleca każdemu wybranie się w niedzielę na taką mszę, ponoć wrażenia są niesamowite. Szkoda, że nie miałam okazji, ale nic straconego :) przecież wizę mam na 10 lat :)

Kolejną fajną rzeczą w naszym wspólnym zwiedzaniu, oprócz wielu ciekawych miejsc, opowieści o historii, kulturze, codziennym życiu, był występ chłopców z Bronx’u. Magda ma z nimi umowę, że tańczą w metrze dla grupy zwiedzającej- jeśli sobie tego grupa życzy. My wyraziliśmy zgodę na spotkanie z chłopcami. Zrobili na nas duże wrażenie. To dzieci z biednych rodzin, które wychowują się na ulicy. Często popadają w konflikt z prawem, biorą narkotyki, są członkami gangów. Chłopcy ci próbują wyrwać się stamtąd tańcząc i realizując swoje pasje. Jak dla mnie to była fajna atrakcja dla nas przyjezdnych, chłopcy dostali od nas i ludzi jadących metrem po kilka dolarów i tak zarabiają na swoje potrzeby.

Bardzo podobało mi się zwiedzanie z Magdą, bo rzeczywiście sama nie trafiłabym w wiele miejsc- na przykład do pizzerii „Roberta’s” www.robertaspizza.com :) Kiedy stanęliśmy przed budynkiem, w którym była pizzeria i Magda powiedziała, że mamy wchodzić każdy z nas miał taką minę-zamurowało nas i pukaliśmy się w czoło! Gdzie „ONA” nas prowadzi??? Do kibla (za przeproszeniem)??? Tak to wyglądało. Weszliśmy przez jedne drzwi, później drugie i naszym oczom ukazała cudowna, klimatyczna pizzeria z niesamowicie smaczną i ostrą pizzą. Musieliśmy chwilę poczekać, bo rzeczywiście jest bardzo oblegana przez ludzi. Zjedliśmy smaczną pizzę, wypiliśmy lemoniadę i mogliśmy zwiedzać dalej.

Na końcu zmęczeni wylądowaliśmy w barze na barce, ale już nie mieliśmy ochoty na przesiadywanie, tym bardziej, że dzień był dość zimny – ok.18 stopni, więc raczej chcieliśmy wracać do domu.

To był dzień pełen wrażeń, zupełnie innych niż na Piątej Alei i Times Square, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłoby mnie tam nie być.

Jak już ogarnę wszystko, wstawię zdjęcia z tych różnych miejsc i wtedy przekonacie się, że było warto wydać 80$, żeby to zobaczyć.

Opublikowano Kuchnia, Miłość, Muzyka, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień I :)

Środa 7.06.2017r.

Pobudka dość późno, telefon do domu, że wstałyśmy i szykujemy się na pierwsze wyjście w miasto. Wszyscy przerażeni- żebyśmy nie zginęły, żeby nam się nic nie stało. Musimy uważać, bo „w poniedziałki kradną, we wtorki gwałcą, w środy porywają”- przypomniał mi się ten tekst z „Samych swoich”. Ja rozumiem, że oni wszyscy się o nas martwią, ale to nie jest tak. W Nowym Jorku każdy ma swoje sprawy, każdy spieszy się do pracy, domu, rodziny, znajomych. Siedzą w metrze ze słuchawkami na uszach, nie zwracając na nikogo uwagi. Albo sobie śpiewają, albo coś pod nosem mówią.

Pogoda pochmurna, więc na spacer po mieście trzeba zabrać okrycie wierzchnie. Od rana kąpanie, bo poprzedniego dnia byłyśmy tak wykończone, że już nam się nie chciało. George wyszedł do pracy wczesnym rankiem, więc mogłyśmy czuć się swobodnie. Wyszykowałyśmy się i w drogę. Na metro nie mamy co liczyć, bo jeszcze nie wiemy co, gdzie i jak. Dziś czeka nas wędrówka piesza! Ciekawe ile kilometrów przeszłyśmy. Wyszłyśmy z domu i zgodnie z mapą kierowałyśmy się w stronę 5 Alei. Wiadomo, tam najwięcej atrakcji, same najlepsze sklepy. W planach było dość dużo do zobaczenia. 5 Aleja robi wrażenie. Chociaż pierwsze co mnie niestety niezbyt miło zaskoczyło to smród! W Nowym Jorku okropnie śmierdzi- spalinami i jedzeniem. Co prawda później się już przyzwyczaiłam, ale pierwsze dwa dni nie miałam ochoty na jedzenie. Mimo wszystko wyruszyłyśmy przed siebie. Jak wspominałam 5 Aleja jest niesamowita, wiele tam różnorodności, kolorów, wszędzie piękne, wysokie wieżowce, a między nimi niesamowite stare budowle. Mnie zachwyciła katedra św.Patryka. Sam budynek strzelisty, pojawia się wśród ogromnych wieżowców i robi ogromne wrażenie. Oczywiście weszłyśmy, zapaliłyśmy świeczkę w pewnej intencji (jak to w amerykańskich filmach bywa), nie wchodziłyśmy dalej, ponieważ znowu stała ochrona i sprawdzała zawartość toreb. Usiadłyśmy przed Katedrą, żeby odpocząć a przy okazji oglądałyśmy czerwony dywan naprzeciw i promocję filmu „Mumia” z Tomem Cruisem. Niestety głównego aktora nie było, ale było kilku innych. Po zregenerowaniu ruszyłyśmy dalej. Szłyśmy mijając piękne sklepy Gucci, Louis Vuitton, Michael Kors, Victoria’s Secret, Versace, Cartier, Rolex, Ferrari, Dolce & Gabbana.

Informacyjnie- To w tych długich włosach to Pan z pięknym makijażem, piórami we włosach i ogólnie chyba inspirowany Prince’m- makijaż na to wskazywał.

20170607_180153 20170607_180535 20170607_180804

Pierwszym naszym celem był Empire State Building. Chciałam, żebyśmy od tego zaczęły zwiedzanie, ponieważ tam zamawiałam City Pass i tam miałyśmy otrzymać książeczkę z karnetami na resztę atrakcji- Top of the Rock, Muzeum Historii Naturalnej, The MET, Muzeum 11 września i statek Circle Line Cruise dookoła wyspy. Dotarłyśmy bez najmniejszych problemów. Na Manhattanie ulice i Aleje przecinają się tworząc szachownicę, więc bardzo prosto nawigować. Empire- piękny budynek, dość wysoki, ale już dawno nie najwyższy w NY, za to chyba najbardziej znany symbol. Za to równie chętnie odwiedzany. Ludzi dość dużo. Pierwsze wrażenie po wejściu- przepych. Przepięknie zdobione ściany i moje wymarzone zdjęcie na tle ściany, na której widnieje Empire w promieniach słońca. W kolejce chwilę stałyśmy, ponieważ jak wszędzie w Nowym Jorku kontrola bagażu, torebek, żadnego jedzenia i picia. Wjechałyśmy na 86 piętro. W windzie towarzyszyły nam piękne obrazy wyświetlane na suficie. Cudowny widok. Z tarasu widokowego rozciągał się widok na cały Manhattan. Z jednej strony widok na dolny Manhattan, z drugiej Central Park. Jednak widok Central Parku najlepszy jest z Top of the Rock. To był nasz pierwszy taras i widok zapierał dech w piersiach. Rozejrzałam się wokół. Przypatrzyłam gdzie są nasze atrakcje, które miałyśmy zwiedzać w następne dni. Wi-Fi w Empire dostępne, więc zadzwoniłyśmy do domu i zrobiłyśmy telekonferencję. Mój mąż kiedy zobaczył widoki z Empire dosłownie się wkurzył i powiedział, żebym do Niego więcej nie dzwoniła. Nie dziwię mu się, bo widoki przepiękne, zapierające dech, a Jemu wizy nie dali! Każdy by się zdenerwował! Ale… ja zrobię wszystko, żeby Go tam zabrać! Poruszę niebo i ziemię, a pojedzie tam ze mną! Wracając do tematu- ludzi dużo, ale dla każdego miejsce się znajdzie, jest gdzie zrobić zdjęcie, jest gdzie nakręcić film. Z góry piękny widok na cały Manhattan. Kilka atrakcji pokazałam Wiktorii i ruszyłyśmy dalej. Poszłyśmy Piątą Aleją podziwiać piękno Nowego Jorku.

Następnie Trump Tower- policja z długą bronią, zamknięta ulica, pełno ludzi robiących sobie zdjęcia z policjantami, przed wejściem, wchodzących, wychodzących. Dalej budynek Biblioteki Publicznej- stary, piękny, znany tylko z filmów. Cudowny widok. Ale dziś nie czas na zwiedzanie, idziemy dalej. Rockefeler Center i dziewczynka-baletnica, siedząca pośrodku. Jak tam jest cudownie! Fantastycznie! Pełno ludzi, uśmiechniętych, zadowolonych. Oczywiście są bezdomni, są biedni, są żebracy- widać ich wszędzie. Jednak nie są nachalni, są wręcz sympatyczni. Pamiętajcie, że oni też konkurują! Każdy z nich wie, że musi w jakiś sposób zdobyć pieniądze i starają się różnymi sposobami. Albo grają- na wszystkim, albo śpiewają, albo ćwiczą, wyskakują, robią sztuczki- są bardzo kreatywni, chyba Nowy Jork zobowiązuje :) Chodziłyśmy i odpoczywałyśmy, tam wszędzie są jakieś skwerki, miejsca do odpoczynku, miejsca gdzie można posiedzieć, popatrzeć na ludzi, rozejrzeć się dookoła. Jadłyśmy w food truckach, które są wszędzie obecne. Jedzenie nie jest pyszne, ale zjadliwe. Oczywiście przeszłyśmy się na Times Square- świetne miejsce. Niektórzy twierdzą, że bardzo hałaśliwe, nieznośne, pełne ludzi. Oczywiście, że tak jest- to Times Square! To miejsce szalone, pełne postaci z kreskówek i filmów, dziwnych instalacji, ludzi siedzących na czerwonych schodach, jedzących na ulicy, siedzących gdzie popadnie. Fajnie tam- skończyło się na tym, że codziennie tam wracałyśmy. Przede wszystkim dlatego, że tam dojeżdżałyśmy metrem i dalej szłyśmy pieszo. Tam jadłyśmy Big mac’i, frytki i piłyśmy Coca Colę w Mc Donalds’ie, tam też kupiłyśmy kosmetyki w M.A.C.’u (ach ta moja fioletowa szminka) i tam kupiłam zabawki dla dzieci w sklepie Disneya. Ceny? Jak na Nowy Jork porównywalne do naszych polskich. Zdziwienie pełne, że tam mogę kupić coś w tych samych cenach albo nawet trochę niższych. W Hard Rock Cafe na Times Square kupiłam mojemu mężowi koszulkę i buty w Champs. Sobie kupiłam kilka rzeczy w H&M’ie. Przy Piątej Alei w Victoria’s Secret kupiłam też piękną bieliznę i perfum, który powala zapachem. Po ten perfum pojadę nawet na koniec świata! Przyznam szczerze, że do VS wracałyśmy kilka razy :) Szłyśmy powoli z powrotem do naszego mieszkania w East Village, po drodze wstąpiłyśmy na Grand Central Terminal, obejrzałyśmy cały dookoła, przeszłyśmy wzdłuż i wszerz- zrobiłam pamiątkowe zdjęcie przy słynnym zegarze na środku Grand Central i kupiłyśmy w metrze metrocard, żebyśmy mogły następnego dnia jechać na Brooklyn spotkać się z panią Magdą- naszą przewodniczką. Po drodze zrobiłyśmy sobie zdjęcia przy Flatiron Building- słynnym żelazku. Robiło się już ciemno, więc trzeba było trochę przyspieszyć. Małe zakupy na 14 ulicy- woda, chleb i szynka, i do domu na 12 ulicy.

W domu ok.21.00, telefon do domu do Polski, że wróciłyśmy całe i zdrowe- mimo tego, że tam już 3 rano. Wszyscy czekali z utęsknieniem na telefon i pierwsze relacje z wielkiego miasta :) Opowiadałyśmy z wypiekami na twarzach. Super dzień :) Później kąpiel i spać, bo następnego dnia wczesne wstawanie i jazda na Brooklyn :)

Opublikowano Kuchnia, Miłość, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki, Zakupy | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork moimi oczami :) zapraszam w niesamowitą podróż :)

Tak, już po :) Wyleciałam, wróciłam. Coś jakby sen! :) Najpiękniejszy :)

Ale wróćmy do 6.06.17 godz. 4.00 rano. Spakowana, czekanie na brata, bratową i Wikę. Podróż do Warszawy minęła w lekko nerwowej atmosferze. Dwie dziewczyny wylatują w bardzo daleką podróż- same! Ja świadoma coraz bardziej, że jadę z dzieckiem, za które będę tam odpowiedzialna. Dopiero w tym momencie dotarło do mnie na co się porwałam, ale… nie ma odwrotu- jedziemy. Wierzę, że dam radę. Ogromny strach przed lataniem. Na szczęście mam przy sobie mojego kochanego męża, który tuli mnie i wspiera. Żałuje bardzo, że nie może z nami jechać. Dotarliśmy na miejsce. Lotnisko, jak się poruszać, gdzie iść? Pierwszy raz! Naprawdę! Nigdy wcześniej nie lataliśmy, bo panicznie się bałam. Jakoś poszło. Chwilę postaliśmy, pogadaliśmy, czas pożegnania- jakbyśmy wylatywały co najmniej na rok. Po odprawie siedzenie i czekanie na nasz samolot. Niestety okazało się, że jest opóźnienie – jakaś awaria. No akurat to coś dla mnie! Pierwszy lot a tu awaria samolotu? Poczułam, że nogi mi się uginają. Kontakt z resztą na tarasie widokowym był cały czas. Denerwowali się dlaczego nie wylatujemy. Jeszcze chyba nigdy mi się tak nie dłużyło. Podstawili inny samolot, możemy wsiadać. Strach, gorąco, zimno, idę „rękawem”, łykam ślinę, gorąco, zimno. Wchodzę na pokład samolotu, witana przez uśmiechniętą stewardessę. Mi niestety tak do śmiechu nie było. Siadamy na swoich miejscach- przy oknie. Kręci mi się w głowie. Cholera czy ja to przeżyję? A jak coś się stanie? Szybko odganiam złe myśli. Trochę minęło zanim samolot się zapełnił. Ruszamy, powoli wjeżdżamy na pas startowy. Podrywamy się w górę- straszne uczucie, chociaż nie jest aż tak źle. Lecimy. Stwierdzam otwarcie, że start, lądowanie i zmiany wysokości są najgorsze- głowa szaleje. Ale te 8 godzin w powietrzu na jednej wysokości nie było aż takie złe. Widoki fantastyczne. Lecieliśmy nad Grenlandią! Tego się nie spodziewałam!

Wylądowaliśmy na JFK. Nowy Jork. Jesteśmy. Teraz tylko odprawa, krótka rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym i idziemy na postój Yellow Cab! Oczywiście po drodze zaczepiają różni tacy, którzy za „okazyjną” cenę mogą zawieźć dokąd się zechce. Okazyjna jest tylko na początku, później okazuje się, że przepłaca się 100%. Dlatego biorę Wikę przed siebie, ma nie reagować, nie oglądać się i nie zwracać na nich uwagi- idziemy do taksówek. Tam wita nas miło Afroamerykanin, do auta walizki pakuje przemiły Chińczyk. Podajemy adres i ruszamy. Dogadujemy cenę- wychodzi 63$, ale bez napiwku. Finalnie płacimy 75$ i wszyscy są zadowoleni. Droga do naszego miejsca zamieszkania nieciekawa. Miły Chińczyk jechał jak z przysłowiowymi „pyrami”! Wtedy myślałam, że naprawdę mu pawia puszczę- w aucie waliło fajkami- pierwsze wrażenie „ups, to naprawdę mój ukochamy NY?”. Po drodze żadnych fantastycznych miejsc, żadnego symbolu, który pokazałby mi, że to Nowy Jork. Dotarłyśmy na miejsce- kamienica ze schodami przeciwpożarowymi – jak to w amerykańskich filmach. Podziękowałyśmy i dzwonimy pod adres podany a tam cisza! Jeszcze raz i jeszcze i jeszcze- nikogo nie ma! Chyba mnie szlag zaraz trafi. 7 tysięcy kilometrów od domu, zimno, zmęczona, a tu gospodarz nas olał? Co tu zrobić? Szybka myśl- potrzebujemy wi-fi, które gdzieś pewnie jest, ale na pewno nie na ulicy. Idziemy poszukać knajpki, baru, w którym będzie i wtedy skontaktuję się z George’m. Przeszłyśmy wzdłuż ulicy, wszystko pełne ludzi. Stwierdzam, że idziemy pod dom i będziemy czekać. Wróciłyśmy. Stoi tam facet, który z kimś pisze na telefonie. Podchodzę do niego i moim angielskim mówię o co chodzi. Chwilę zajęło zanim zrozumiał, że potrzebuję wi-fi. Zabiera nas do swojego mieszkania! To w tym budynku, gdzie my mamy wynajęty pokój. Facet okazuje się miłym Chrisem, który co prawda nie znał George’a, ale udostępnił nam swoje wi-fi. Napisałam do gospodarza, że my już jesteśmy i czekamy. Po jakiejś chwili otrzymałam informację, że On jest, ale nas nie ma! Wytłumaczył jak mamy trafić do Jego mieszkania, podziękowałyśmy Chrisowi za pomoc, za szklaneczkę wody i poszłyśmy. George był bardzo zdziwiony tym, co usłyszał od nas. Powiedział, że jeszcze nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja i nikt nikomu tak po prostu nie pomógł! Dziwne, bo Chris był bardzo miły i nie miał żadnego problemu z pomocą :) czyżby to urok osobisty polskich dziewczyn? :) Powiem szczerze, padłyśmy na łóżka, bez kąpania, bez zbędnych ceregieli. Tylko skontaktowałyśmy się z bazą w Polsce, bo tam przecież wszyscy czekali na sygnał. Mało tego – śledzili nasz samolot w internecie! Widzieli gdzie lecimy, co się dzieje itd. Nic nam się nie chciało, zasnęłyśmy jak zabite. Zwiedzanie i obmyślanie planu zostawiłyśmy na drugi dzień.

Zdjęcie z drogi do Warszawy

20170606_074232

Czekanie na lotnisku- 2 godziny!

20170606_120650

Już w samolocie.

20170606_135858

Posiłki w samolocie :) dobre, ale niestety sałatka z majonezem na drugi dzień dała mi popalić!

20170606_15535720170606_193742

A to widoki na Grenlandię :)

20170606_171938_001 20170606_174607_001

Pierwsze zdjęcie po wyjściu z lotniska

20170606_182645

W trakcie jazdy Yellow Cab :)

20170606_185953 20170606_190004

Kolejny wpis z dalszą częścią opowieści niebawem :)

Teraz spać, bo jutro niestety powrót do pracy. DOBRANOC :)

Opublikowano Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj