Rodzinne spotkania :)

Niedziela- zazwyczaj imieniny, urodziny i inne uroczystości obchodzimy właśnie w niedzielę. Z uwagi na to, że mój tata we wtorek będzie miał urodziny- postanowiliśmy dziś przyjechać na kawę. Jak zwykle mama upiekła przepyszny serniczek, każdy przyniósł prezent i życzył oprócz zdrowia, wygranej w lotto. Co oznaczają takie spotkania? Po co w ogóle się spotykamy? Czy to na pewno potrzebne? Przecież codziennie przywożę dzieci do rodziców! Przecież chwilę porozmawiamy kiedy je odbieram!

Owszem, ale takie spotkania to co innego. Możemy posiedzieć, porozmawiać, powspominać. Wiele historii usłyszałam po raz pierwszy właśnie na takich rodzinnych spotkaniach. Uwielbiam słuchać taty i mamy jak opowiadają o losach naszej rodziny. Uwielbiam słuchać jak dziadek i babcia byli zesłani do Niemiec do pracy, jak tam się poznali, jak szli pieszo do rodzinnego domu. Szli długo, babcia w ciąży. Co za czasy! Nie ogarniam! Zimy srogie, a oni szli. Dom był dla nich najważniejszy i bardzo chcieli do niego wrócić. Z kolei pradziadkowie ze strony mamy- Volksdeutsche na polskich ziemiach. Nie było im łatwo- gdyby nie dobre serce pradziadka i prababci, cała wieś byłaby przeciwko nim. Ale Oni byli bardzo dobrymi ludźmi, nie donosili na Polaków, nie robili niczego co mogłoby komuś zaszkodzić. Ostrzegali sąsiadów, że Niemcy do nich idą, żeby pochowali wszystko co w tamtych czasach było nielegalne, wszystko czego nie mogli posiadać. Takie historie mrożą krew w żyłach. Ale nie słyszałam tego wcześniej. Jeszcze niedawno byliśmy za młodzi, żeby siedzieć z rodzicami i ich słuchać, teraz rozumiemy jakie to ważne. To nasza historia, tradycje rodzinne.

Nikodem ma w szkole historię. Jutro kartkówka z pojęć związanych z drzewem genealogicznym, tradycją, rodem, patriotyzmem. Przepytałam Go, żeby sprawdzić ile umie. Okazuje się, że mój mądry chłopak słucha i wie bardzo dużo na temat naszej rodziny. Widzi wiele rzeczy. Potrafi powiedzieć jakie pamiątki i po kim mamy w domu. Dumna jestem i wiem, że zabierze to kiedyś ze sobą do swojego domu. W przyszłości również będzie dbał o przekazywanie historii rodzinnych i pamiątek swoim dzieciom.

Mamy dużo pamiątek rodzinnych w domu, dużo dokumentów, starych naczyń, żelazek, luster. To nasze dziedzictwo i nie interesuje mnie czy to kicz, czy komuś się podoba czy nie. To jest moje. Każdy przedmiot ściśle związany jest z moimi przodkami, określa mnie i moją rodzinę. Każdemu z dumą pokazuję i opowiadam o przedmiotach zgromadzonych w moim domu.

A spotkania? Są i nie wiem jak długo będzie nam dane spotykać się w takim gronie. Rodzice mają już swoje lata. Boję się, że może to się niebawem skończyć. Na razie staram się przyjeżdżać jak najczęściej. Teraz imieniny mamy, jeszcze w październiku. Wigilia w tym roku u mnie. Wszyscy jak zwykle przyjadą. Będzie wspaniała atmosfera. Pełen dom ludzi, zapach świąt, jedzenia. Uwielbiam to. Oby było tych spotkań jak najwięcej i jak najczęściej.

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Miłość, Rodzina, Szczęście, Urodziny, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

„ANIA” wzruszająca książka o Ani Przybylskiej

Bardzo lubiłam tą aktorkę. Była troszkę starsza ode mnie. Piękna, utalentowana, cudowna aktorka, wspaniała mama. Coś o Jej życiu wiedziałam, jakieś fakty kojarzyłam- w końcu to osoba publiczna. Wiadomość o Jej śmierci bardzo mnie wzruszyła i ogromnie zdołowała. Pomyślałam jako matka, że zostawiła swoje dzieci, że teraz one będą bardzo tęsknić. Nie wyobrażałam sobie co muszą czuć. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co Ania musiała czuć odchodząc. Jak bardzo musiało boleć Ją to, że zostawia takie maluszki. To dla mnie niewyobrażalne. Czy da się zrobić instrukcję w razie śmierci? Oczywiście, że się da. Czy da się na to przygotować? Nie. Nie da się na to przygotować. Nikt nigdy nie jest gotowy na śmierć. Nie wyobrażam sobie co przeżyłyby moje dzieci. Kto by je przytulił? Kto by usiadł z nimi do lekcji? Kto wyprasował ubrania? Kto zrobił ich ulubioną pizzę? Kto pocałował bolące miejsca??? Jest we mnie taki strach, jak sobie poradzą, jeśli by mi się coś stało.

Słyszałam o książce „Ania”, ale jakoś parcia do kupienia nie miałam. Widziałam w internecie akcję promocyjną. Czytałam fragmenty przytaczane przez różnych ludzi. Wchodząc ostatnio do księgarni, w której miałam zrobić ksero, rzuciła mi się w oczy ta książka. Uśmiech Ani bił po oczach już od wejścia. Nie zastanawiałam się, kupiłam i pojechałam do domu. Przeczytałam jednym tchem. Książka o życiu Ani. O Jej życiu zawodowym i prywatnym. Opowieść o pięknej dziewczynie, cholernie zdolnej, bardzo fajnej, normalnej. Ania była osobą, która potrafiła porozmawiać z wielkim reżyserem i sprzątaczką. Lubiącą sprośne żarty. Umiejącą zjednać sobie ludzi. Była bardzo dobrą osobą, niezwykle utalentowaną, uśmiechem i tymi wielkimi oczami rozbrajającą. Książka pokazuje jak wyglądało Jej całe życie- od dzieciństwa po kres życia i śmierć.

Ania to bardzo żywiołowa osoba, trzpiotka. Od dzieciństwa wiedząca co chce w życiu robić i dążąca do spełnienia swojego marzenia. Trafiała w życiu na różnych ludzi. Była w nieudanych związkach, które mogły zniszczyć Jej marzenia, ale na szczęście w porę wychodziła z tych toksycznych relacji. Śmierć Jej ukochanego taty był dla Niej ciosem. Marzyła o dużej rodzinie, o wspaniałym mężczyźnie i czwórce dzieci. Los nie był dla Niej łaskawy, dwójkę dzieci straciła. Nie wyobrażam sobie co musiała czuć. Stworzyła wspaniałą rodzinę. Potrafiła zrezygnować z siebie dla swoich najbliższych. Potrafiła przedłożyć dobro rodziny, dzieci, swojego partnera nad swoje ambicje. Fantastyczna osoba. Zastanawiam się i sama nie wiem czy potrafiłabym tak, jak Ona. Czy umiałabym się poświęcić dla rodziny? Zrezygnować z marzeń i planów? Kocham ich, ale póki nie byłam w takiej sytuacji nie wiem co bym zrobiła. Ania potrafiła. Jaką trzeba być osobą, jak bardzo kochać.

Umarła 3 lata temu. Opowieść mamy Ani o Jej ostatnich chwilach jest bardzo wzruszająca. O dwóch łzach spływających po Ani policzkach, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Ryczałam! Po prostu rozbeczałam się jak dziecko. To niemożliwe, żeby tak wspaniała osoba odeszła. Jej cząstkę mamy w filmach i wielka szkoda, że już nigdy żaden nowy film z Anią się nie ukaże.

Myślę sobie, że gdybym spotkała Ją na swojej drodze albo byłybyśmy przyjaciółkami na zabój, albo nienawidziłybyśmy się na śmierć i życie. Dostrzegam w Ani wiele podobnych cech, zachowań. Chyba jednak byśmy się dogadały.

Czytałam wiele komentarzy w internecie o tym, że po co rozdrapywać Ani śmierć. Ktoś pytał po co książka, po co film? Dlaczego? Co tej mamie przyszło do głowy, żeby opowiadać o śmierci Ani? A ja pytam a dlaczego nie? Dlaczego nie wspominać cudownej, ciepłej osoby. Dlaczego nie mówić o kimś, kto był normalny, mimo tego, że był sławny i lubiany. Ania powinna być wzorem do naśladowania. Ludzie są straszni, myślą, że  w internecie mogą wszystko. W dzisiejszych czasach mało jest empatycznych, fajnych ludzi, którzy powiedzą- cholera, rzeczywiście umarła świetna osoba, bardzo szkoda. Zamiast tego wylewają żale i komentują nie mając tak naprawdę nic mądrego do powiedzenia.

Ach… znak naszych czasów!

Ja jednak książkę polecam i twierdzę, że warto przeczytać. Można się pośmiać, zadumać i popłakać. Można też wziąć przykład z wielu postaw życiowych Ani.

Ania. Biografia Anny Przybylskiej

Opublikowano Dobro, Literatura, Miłość, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Szybka zmiana decyzji!

Tylko ja mogę tak szybko zmienić decyzję. Tylko ja mogę tak szybko podjąć i zrealizować swoje postanowienia! Ostatnio porozmawiałam z Nikodemem o Jego szkole, klasie, kolegach, o tym jak mu tam jest. Jego odpowiedzi były niepokojące. Ten się śmieje, że nie ma zęba, ten siedzi z innym kolegą (a Niko tamtego bronił, bo nazywali go grubym, świnią itd). To dało mi bardzo do myślenia. Do tego wychowawczyni, co najmniej dziwna! Brak perspektyw w szkole, żadnych ciekawych dodatkowych zajęć, żadnych innowacji. No trochę ta szkoła mnie nudzi i rozczarowuje. Do tego rodzice- relacje coraz gorsze. Każdy ma wszystko gdzieś, nikt nie ma ochoty się w nic angażować. Każdy patrzy na innych. Wczoraj dostałam jeszcze jeden bodziec (no może dwa) do tego, żeby podjąć najlepszą z możliwych decyzji.

Dziś od 9.00 rano już dzwoniłam i działałam. Okazało się, że nie byłam jedyna z tej klasy :) Kilka minut rozmowy z Panią Dyrektor z nowej szkoły i decyzja podjęta. Mąż musiał wszystko załatwić, wszędzie jechać a ja dyrygowałam z bazy :) Oczywiście byłam w pracy! :) Tu pojechał, złożył podanie/wniosek o przyjęcie, tam pojechał złożył podanie o przeniesienie, musiał przejść rozmowę z Panią Dyrektor! A dlaczego, skąd ta decyzja, czemu tak, a czemu nie…. i już. Od poniedziałku mój syn będzie chodził do szkoły, w której uczyli się Jego rodzice :) Będziemy chodzić po korytarzach naszej młodości :) Nie mogę się już doczekać jutrzejszego zebrania dla rodziców :) Niko zachwycony, będzie w klasie z Bartkiem (kolegą z poprzedniej szkoły i przedszkola) i z Aleksem, będzie miał dodatkowe zajęcia z informatyki i programowanie Minecraft’a. Jest przeszczęśliwy, a jeśli On to i ja :) Bardzo się cieszę, że wszystko się udało i mam nadzieję, że dalej też będzie tak radosny. No i będzie miał od babci 5 minut do szkoły :)

Jutro do szkoły zdać podręczniki, pożegnać się z klasą, poczęstować cukierkami z okazji imienin i od poniedziałku nowa klasa, i nowa przygoda :)

Najlepsze jest to, że mimo, że wiedział, że idzie do nowej szkoły to odrobił lekcje!!! Kochany chłopak :) Jestem dumna z mojego wspaniałego syna i wiem, że sobie poradzi :)

Opublikowano Miłość, Rodzina, Szczęście | Otagowano , , , , , | Skomentuj

1 września Rozpoczęcie Roku Szkolnego 2017/2018

Trudno uwierzyć, że ten mały człowiek, którego wydawałoby się, nie tak dawno temu urodziłam, idzie do czwartej klasy szkoły podstawowej! To kolejny etap w naszym życiu, niezwykle ważny. Przejście na wyższy level :) Czwarta klasa to nie przelewki. Więcej nauczycieli, przedmiotów, większe wymagania. Będzie z pewnością więcej nauki. Boję się tego, podobnie jak Niko, ale myślę, że damy radę. Nikodem to bardzo mądry chłopiec, dobrze się uczy i jest aktywny na zajęciach. Jest też trochę gadułą, wiercipiętą i jest bardzo podatny na sugestie kolegów. Sam też zaczepia. Mam nadzieję, że z różnymi ekscesami się trochę wstrzyma i da się poznać nowym nauczycielom raczej z dobrej strony.

Wychowawczyni nie zrobiła niestety dobrego pierwszego wrażenia, ale damy jej szansę. Niko jest zadowolony i z Pani i ze sławnego Pana od historii, którym wszyscy straszą dzieci. Zobaczymy. Ciekawe jak to będzie. Cieszę się, że Niko będzie tym rocznikiem, który ma 8-letnią podstawówkę. Jakoś nie mogłam się do tych gimnazjów przyzwyczaić. Wiem, że Niko jest leń i trzeba Go trochę gonić do nauki, ale dam radę. Niestety z babcią nie chce odrabiać lekcji, więc wszystko spada na mnie i odrabiamy lekcje dopiero po 18.00 w domu! W poniedziałki i środy treningi na 17:30 do 19:00 i potem lekcje- nie wyobrażam sobie tego, tym bardziej, że z treningów wraca wykończony.

Dopilnuję jednak, żeby wszystko było dobrze, żeby uczył się pilnie i był zawsze przygotowany do lekcji. Fajnie, bo i ja sobie dużo rzeczy przypomnę :)

Zaczynamy ciężką przeprawę :)

Opublikowano Rodzina | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Cudowne wakacje w Białce Tatrzańskiej :)

To były świetne wakacje. Uwielbiam sprawiać bliskim radość i chyba mi się udało. Gdy dotarliśmy do naszego hotelu Willa Skałka w Białce Tatrzańskiej, byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Chociaż przeraziła nas trochę budowa kolejnego hotelu obok naszego, bo obawialiśmy się hałasów, jednak nie było to uciążliwe, ponieważ w ciągu dnia zazwyczaj nie było nas na miejscu. Obsługa hotelu bardzo miła. W hotelu winda, żeby można było bez problemów dostać się z walizkami na 2 piętro- dzieciaki zachwycone :) Od razu poszliśmy na obiad, bo akurat była pora posiłków. Na obiad pierwszego dnia dostaliśmy wazę zupy pomidorowej- przepysznej, do tego drugie danie ziemniaczki, sałatka i kotlet z oscypkiem. Wszystko świeże, pyszne. Do tego świeży kompocik i ciasto. I tak codziennie! Jedzenie było urozmaicone, codziennie co innego, inna zupa, inne ciasto. Pysznie. Nasz pokój cudowny, dość duży, jedno duże łóżko i jednoosobówka. W zupełności wystarczające. Oczywiście w pokoju łazienka, a w niej ręczniki i kosmetyki do kąpieli. Ogólnie na pierwszy rzut oka hotel zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Później poszliśmy do piwnicy, w której mieścił się pokój zabaw dla dzieci i dorosłych. Małpi gaj, zabawki dla dzieci, bilard, playstation, piłkarzyki umilały nam czas. W piękny i słoneczny dzień mogliśmy posiedzieć na zewnątrz na placu zabaw dla dzieci. Były tam również ławki, leżaki, trampolina, miejsce na ognisko i grill. Świetna sprawa. Z naszego hotelu mieliśmy bardzo blisko na Termy Bania. Dlatego wieczorami chodziliśmy tam do pizzerii. Jednego wieczoru uczestniczyliśmy w koncercie The King’s Friends- świetna aranżacja i wykonanie utworów Elvisa Presleya. Dwa razy byliśmy w samych termach, zabawa przednia, chociaż Pola na początku wystraszyła się krzyku dzieci i tryskającej wody. Bardzo szybko się odnalazła i szalała w wodzie z innymi dziećmi.

Zaplanowałam dni tak, żeby codziennie być gdzieś i coś zobaczyć. Nie chciałam planować chodzenia po górach, bo znam swoje dzieci i wiem, że będą ich nogi bolały, że nie będzie im się podobać, więc raczej nastawiłam się na rozrywkę. Dwa dni na termach- to chyba najbardziej ucieszyło dzieci, chociaż po koncercie Elvisa Pola stwierdziła, że się w nim zakochała :) Ale jak stwierdziła nie będzie jej mężem :) Jednego dnia pojechaliśmy do Zakopanego, bo bardzo chcieliśmy zobaczyć Krupówki. No i rozczarowaliśmy się bardzo. Myśleliśmy, że spotkamy tam stare chaty, bacówki, w których będzie można kupić pamiątki, zjeść jakieś pyszne regionalne jedzenie. A tu kamienice, domy z drewna i bali, a w nich „Orsay” i inne sieciowe sklepy. To nie to czego oczekiwaliśmy. Było dość zimno- tylko 9 stopni i dlatego musiałam kupić Poli rękawiczki. Pochodziliśmy trochę i wróciliśmy do Białki. Tam poszliśmy na plac zabaw przy Termach- Bania Kids. Duży plac dla dzieci. Płacisz raz i dzieci mogą ze wszystkiego korzystać. Fajna sprawa. Dzieciaki ubawiły się świetnie.

Innego dnia wybraliśmy się na Gubałówkę. Chodziło nam o to, żeby wjechać kolejką. Nawigacja poprowadziła nas Drogą Papieską- piękna trasa- do chaty kobieciny, u której zostawiliśmy auto a dalej szliśmy pieszo. Dzieciaki już miały dosyć wchodzenia, mimo tego, że to było niewiele ponad kilometr. Szliśmy piękną drogą, ale na końcu znowu rozczarowanie. Okazało się, że na Gubałówce kolejny długi deptak ze straganami, balonikami, restauracjami, zamkami dmuchanymi. Straszne. Obiecaliśmy dzieciom przejażdżkę kolejką, więc musieliśmy ich tam zabrać. Przejechaliśmy w dół i w górę. Na dole nie chciałam zostawać zbyt długo, bo tam było jeszcze gorzej niż na górze. Zobaczyliśmy co chcieliśmy i pojechaliśmy do Bukowiny Tatrzańskiej. Tam bardzo chciałam odwiedzić restaurację Magdy Gessler „Schronisko smaków”. Chciałam posmakować Jej kuchni, zobaczyć czy pokrywa się z tym, co mówi w kuchennych rewolucjach. Kiedy podjechaliśmy pod restaurację parking był pełen. To o czymś świadczy- z pewnością o tym, że to restauracja znanej osoby. Zamówiłam kwaśnicę, dzieciaki lody, mąż kawę i dzbanek soku z arbuza. Zacznę od kwaśnicy- na bogato- dużo kapusty, mięsa, ale smak jak kapuśniak u mojej mamy, dlatego twierdzę, że nic mi nie urwało :) Lody, które jadły dzieciaki były przepyszne, domowej roboty, z owoców. Dzieciaki zachwycone. Ja wypiłam cały litrowy dzbanek lemoniady. Była przepyszna- dawno tak dobrej nie piłam. Lemoniada zrobiona z wody gazowanej, z arbuzem, cytryną, pomarańczą i truskawką. Pychota! Wzięłam też sobie dwie nalewki na wynos – wiśniową i cytrynówkę oraz konfiturę z jagód. Spróbujemy, zobaczymy.

Po pobycie w Białce pojechaliśmy do Krakowa. Mieliśmy tam wynajęty pokój w hotelu. Jedna noc, tylko na szybkie zwiedzenie tego, co najważniejsze. Pokój w hotelu nie powalił nas. Po tym co zastaliśmy w Białce, tu byliśmy rozczarowani. Ale to tylko jedna noc, więc damy radę. Zostawiliśmy walizki i poszliśmy zwiedzać. Czasu mieliśmy mało, więc od razu chcieliśmy zacząć. Przeszliśmy ulicą Floriańską na Rynek. Ależ tam jest pięknie. Rynek w Krakowie mnie zachwycił. Już teraz rozumiem dlaczego ludzie tak kochają to miejsce. Jedno co mi się nie podoba to ten ogrom ludzi, ale trudno się dziwić. Przeszliśmy przez Rynek, idąc dalej ulicą Grodzką do Wawelu. Po drodze podziwialiśmy piękne kamienice i ten niepowtarzalny klimat krakowskich uliczek. Obeszliśmy Wawel dookoła, nie wchodząc nigdzie dodatkowo. Poszliśmy do Smoka Wawelskiego, w końcu dzieciaki chciały go zobaczyć. Po tej wędrówce wróciliśmy na Rynek, po drodze zwiedzając Planty, ulicę Franciszkańską, Bracką. Na Rynku zjedliśmy jeszcze kolację i przy blasku księżyca, ulicznych lamp, wróciliśmy do hotelu. Następnego dnia po śniadaniu wróciliśmy do domu.

Tak w Białce minęło nam 5 dni. Bardzo intensywnych, ale fajnych, rodzinnych, pełnych zabawy i czasu spędzonego razem. Kolejny dzień w Krakowie był równie cudowny. To był piękny czas, nasz czas. A tym, którzy zastanawiają się dlaczego nie zdobywaliśmy szczytów, Dolin i innych atrakcji, niech najpierw sami pojadą z dziećmi na taką wyprawę, wtedy zrozumieją :)

Miłego :)

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Miłość, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Regaty o puchar Kłoskowa 2017 :)

Sobota, 19.08.2017r.  godz.14:00

To mój pierwszy raz. Zawsze bałam się pływać, bo mam chorobę morską. Przed startem obawiałam się, że mogę nie podołać. Ale w Nowym Jorku płynęłam promem, to może i tym razem dam radę? Usiądę na zewnątrz, bo w środku głowa może zwariować. Kolejny raz przekonałam się, że to chyba jakieś moje fanaberie! Wsiadłam na łódź i o dziwo nic mi nie było! Głowa nie wariowała, nie kręciło mi się, nie było niedobrze! Nawet winko sobie popijałam i nic mi nie było. Może już mi minęło? Powiem szczerze, bardzo mi się spodobało. Stwierdzam, że to może się podobać. Było niesamowicie. Płynęliśmy 2 godziny. Oczywiście była rywalizacja, ale taka zdrowa. Nie mieliśmy parcia. Te regaty organizowane są przez prywatną osobę- Pana Kłosa (stąd nazwa „Regaty o Puchar Kłoskowa”). I meta jest właśnie u tego Pana. Zacumowaliśmy przy pomoście i poszliśmy zobaczyć cudowną posiadłość. Już z wody widać było piękną roślinność, świetnie utrzymany ogród. Przeszliśmy ogród dookoła. Różnorodne rośliny, drzewa, przepięknie utrzymana trawa- dosłownie dywany. Gdzieś wśród roślinności ukryte jacuzzi, sauna, winiarnia, ogromny staw z plażą i placem zabaw dla dzieci (żałuję, że dzieciaki nie popłynęły z nami). Świetna impreza przy ognisku, z szantami (choć nie lubię, to jakoś nie przeszkadzał mi śpiew Komandora). Oprócz kiełbaski, można było napić się różnego rodzaju alkoholi i soków. Było świetnie. Już dawno nie byłam na tak dobrej imprezie. Wypływaliśmy o 22:00, więc już było ciemno, do tego braliśmy dwie łodzie na hol. Niesamowite uczucie. Po drodze okazało się, że jeszcze jedna łódź stoi na jeziorze i potrzebuje holu, więc odprowadziliśmy łodzie, które mieliśmy na holu do przystani i popłynęliśmy po tamtą. Było świetnie :) Myślę, że będę częściej bywalczynią na łodzi, a może zacznę brać udział w regatach? :)

Się zobaczy :) Miłego dnia :)

Opublikowano Miłość, Muzyka, Ogród, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Sport, Szczęście, Wycieczki, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to… „koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!” Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty „nie mamy pieniędzy”. To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.

Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm… Szklarska, Karpacz – powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)

Już się nie mogę doczekać :)

Opublikowano Dobro, Miłość, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Wycieczki, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Ja, On, My… od 20 lat razem :)

7.07.1997

Dzień jak każdy inny. On zabrał mnie nad jeziorom- jechaliśmy mercedesem Jego taty, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, jak zwykle, nic szczególnego. Byliśmy przyjaciółmi, opowiadał mi o swoim życiu, ja Jemu o moim. Nie był moim wyśnionym, wymarzonym. Kiedy dzwoniłam i prosiłam, żeby przyjechał po mnie o 3 w nocy na dyskotekę nigdy nie było problemu! Był zawsze, czułam się z Nim dobrze. Nie widziałam w Nim mojego chłopaka, a już na pewno nie męża! Robił dla mnie wszystko. Oczywiście podobało mi się. Przyjechaliśmy pod mój blok, odprowadził mnie do klatki i wtedy to się stało… zapytał czy będę z Nim chodzić! Aaaaaa… myślałam, że ucieknę! Jakoś tak chciałam spróbować i powiedziałam „TAK”, dałam Mu buziaka w policzek i uciekłam do domu. Śmiech mnie ogarnia, jak sobie przypomnę, ale to było niesamowite. W domu długo leżałam w łóżku i nie mogłam dojść do siebie, rozpamiętując ten „namiętny” pocałunek :)

7.07.2017

Dwójka wspaniałych dzieci, cudowny dom, My- kochający się mocniej niż kiedykolwiek! Szalejący za sobą, jak młodzi. Kolacja w restauracji, dobre jedzenie, winko, kolorowe drinki, później wyjazd nad to samo jezioro- jak dwadzieścia lat temu. Niesamowite, jak ten czas leci. Mija wszystko bezpowrotnie, a MY jesteśmy, trwamy, kochamy się, kłócimy, godzimy, przytulamy, szczypiemy, gilgamy, całujemy…

I tak już na zawsze… do końca… RAZEM :)

Opublikowano Dobro, Miłość, Rodzina, Szczęście | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień VII :)

Wtorek 13.06.2017r.

To już ostatni dzień. Żal wyjeżdżać. Nie wiedzieć kiedy to minęło. Najbardziej intensywny tydzień w moim życiu, ale bardzo owocny. Wstałyśmy od rana, biegiem do metra i zgadnijcie gdzie mogły baby pojechać?? Oczywiście Piąta Aleja, Victoria’s Secret, H&M na Times Square, M.A.C. Sklepy nasze, ogromne nerwy, żeby ze wszystkim zdążyć. W końcu o 15:00 mamy opuścić mieszkanie. Dosłownie biegałam po sklepach, żeby zrobić jeszcze ostatnie zakupy. Jak na złość wszędzie długie kolejki do kas, do przebieralni. Szlag by to trafił! Ale dałyśmy radę ze wszystkim. Ostatnie zdjęcia, spojrzenia na zatłoczony Times Square. Biegiem do domu. Około 14.35 byłyśmy na East Village (tam, gdzie mieszkałyśmy), ale byłam tak głodna, że stwierdziłam, że musimy się jeszcze gdzieś najeść. Poszłyśmy dwie ulice od naszej, gdzie mieszkałyśmy i weszłyśmy do Iggy’s Pizzeria. Tam zamówiłyśmy sobie – ja dwa kawałki pizzy, każdy inny, z innymi dodatkami, Wika jeden. Pizza przepyszna! Prawdziwa włoska, cienkie ciasto, nie przesadzone z serem, dodatkami, ale wszystko bardzo smaczne. Najadłyśmy się i mogłyśmy biec do domu, bo pewnie George już czeka. Dużo się nie pomyliłam. Był. Pomógł nam znieść walizki na dół. Pożegnaliśmy się i my poszłyśmy do metra, a On w swoją stronę. Nas czekała prawie 40-minutowa podróż metrem na Brooklyn, później przesiadłyśmy się w pociąg, który rozwozi podróżnych po terminalach na lotnisku. I tym sposobem straciłyśmy 8$, a nie 70$ na taxi! Następnym razem już będę wiedzieć, jak dojechać na Manhattan. W metrze znalazło się kilku facetów, którzy nam pomogli z naszymi walizami. Jeden facet powiedział nam, że pojedzie z nami do naszej stacji i powie co dalej. Tak też zrobił. Dotarłyśmy na terminal 7, z którego o 22:00 miałyśmy lot do Polski. Nie obyło się bez atrakcji. Podczas ważenia walizek okazało się, że mam nadbagaż i zapłacę tylko za bagaż główny 110$! Rozpoczęło się przepakowywanie walizek na podłodze na lotnisku- nie byłam jedyna! Ale w samolocie było mi wreszcie ciepło, bo wszystkie bluzki miałam na sobie :) Cuda robiłyśmy, żeby stracić zbędne kilogramy. Kosmetyki poszły do kosza, wszystko, co wydało mi się niepotrzebne wylądowało w śmieciach. I jak już podeszłam do ostatecznego ważenia, okazało się, że nawet nie mam 20 kilo.

Na lotnisku kupiłam mężowi (za ostatnie dolce) whisky „Gentelmen Jack”. To ucieszyło Go bardzo :) Oczywiście nie mogłam tego zabrać na pokład, więc pani w kasie zapakowała szczelnie w torbę foliową, z mojego biletu spisała dane i alkohol mogłam odebrać dopiero przed wejściem do samolotu.

Powrót Dreamlinerem- o wiele wygodniejszy niż ten, którym leciałyśmy do NY. Jedyna wada to polska załoga, która była naburmuszona, obrażona, nie potrafiła profesjonalnie się zachować. Stewardessy były raczej irytujące i denerwujące, niż pomocne. Pilot tak szarpał samolotem, jakby pierwszy raz leciał. Cieszyłam się kiedy bez problemów wylądowaliśmy w Warszawie na Okęciu. Na lotnisku po dopełnieniu wszystkich formalności, przywitali nas nasi najbliżsi. Mój mąż z bukietem pięknych kwiatów, stęskniony, przytulił mnie tak, jakbyśmy się z rok nie widzieli. To było nam potrzebne. Chociaż kolejny wylot już razem :)

Było wspaniale. Nie zamieniłabym tego za nic. Nie żal mi pieniędzy, czasu, nerwów, strachu. Warto było. Dałam radę i jestem z siebie bardzo dumna! :) Polecam każdemu!

Opublikowano Dobro, Kino, Kuchnia, Literatura, Miłość, Muzyka, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nowy Jork dzień VI :)

Poniedziałek 12.06.2017r.

Kolejny dzień pełen wrażeń. Tego dnia wizyta też na drugim końcu wyspy. Dziś kilka atrakcji, ale niesamowicie pięknych, ważnych, ciekawych. Byłam bardzo podekscytowana. Około 10.00 wyruszyłyśmy na statek Circle Line Cruises, którym miałyśmy opłynąć wyspę. Pojechałyśmy w tamtą stronę metrem. Później musiałyśmy kilka przecznic przejść pieszo. Po kilku przecznicach okazało się, że poszłyśmy w drugą stronę- mapa nam podpowiedziała :) Nie było problemu- cofnęłyśmy się i poszłyśmy do portu. Port dość duży, nasz prom stał i czekał na klientów, inne promy przypływały, odpływały, na zmianę. Stała też ogromna motorówka, pomalowana na zielono, z zębami- rekin! Niesamowite wrażenie. Kiedy ludzie wsiedli, motorówka mimo swoich gabarytów, na pełnej mocy wycofała i wypłynęła daleko od portu. Miała takie odejście, że zastanawiałam się jakie to uczucie (dopiero po powrocie wieczorem do domu, obejrzałam nasz CityPass i okazało się, że mogłyśmy tym płynąć za free!- nic straconego, następnym razem).  Wymieniłyśmy karnet na bilet i poszłyśmy wsiąść na pokład- przed wejściem jak do każdej atrakcji- stały osoby z obsługi, bardzo miłe kobiety, jedna czarnoskóra- fantastyczna babka, której spodobał się mój wachlarz! Wymieniłyśmy kilka zdań- powiedziałam jej, że ten wachlarz ma 30 lat- zareagowała bardzo żywo, z uśmiechem i humorem przeprowadziła nas przez zdjęcia, po czym wprowadziła na pokład. Uwielbiam Nowy Jork za fantastycznych ludzi, za uśmiechy, pozdrowienia, życzliwość, bardzo mi tego brakuje. Tam na każdym kroku można spotkać się z życzliwością i nie interesuje mnie czy to jest prawdziwe czy nie- człowiek czuje się cudownie mając wokół tak świetnych ludzi- chce się żyć :) Najpierw usiadłyśmy na samym tyle, ale upał prawie 40-stopniowy nie dał nam długo siedzieć. Poszłyśmy do środka, gdzie była klimatyzacja. Po odbiciu od portu musiałyśmy wyjść na zewnątrz, ponieważ dopiero tam mogłyśmy poczuć i zobaczyć wszystko z tej najlepszej perspektywy. Zrobiłam mnóstwo pięknych zdjęć. Mogłam obejrzeć całą wyspę z pięknego promu. Cała dzielnica finansowa wyglądała nieziemsko, później przepłynęliśmy pod Mostem Brooklińskim i Manhattańskim. Tam są piękne zdjęcia. Statua Wolności z bliska wygląda nieziemsko. Płynęliśmy dość długo, bo prawie 3 godziny. Po powrocie poszłyśmy do metra i dalej zwiedzać wyspę.

Kolejnym punktem na mojej liście atrakcji było Muzeum 11 września. Z jednej strony cieszyłam się, tą atrakcję zostawiłam na koniec. Muzeum zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ja pamiętam tamten straszny czas. Wika oglądała wszystko z zapartym tchem. Dotarłyśmy na miejsce, muzeum jest usytuowane pomiędzy fontannami, które powstały w miejscach po wieżach WTC. Muzeum jest bardzo duże. Zjeżdża się w dół schodami i powoli wyłania się tragedia, która miała miejsce 16 lat temu. Wszędzie są pozostałości po wieżach, wydobyte z gruzów. Jest ściana, są schody ocalałe z gruzów, silniki od wind, ambulans i wóz strażacki wydobyte z gruzów. Wszędzie wyświetlane są cytaty z osób, które zginęły w wieżach, w samolotach. W tle można usłyszeć ostatnie rozmowy osób, dzwoniących z biur, samolotów. Po kolei odkrywamy co się wówczas stało. Najpierw mamy dwie wieże, pokazane na kilka minut przed atakiem, filmy ludzi- turystów, którzy nagrywali Nowy Jork przed atakiem. Następnie pokazany jest atak i każda minuta po nim. Idziesz powoli i oglądasz tragedię tysięcy ludzi. Widzisz uśmiechy, zabawę, chwilę później samolot wbija się w wieżowiec, konsternacja, wszyscy krzyczą, niedowierzanie. Mija chwila, wszyscy zastanawiają się co to było i kolejny samolot wbija się w drugą wieżę. Wtedy nie ma już wątpliwości. Na ścianach Muzeum telewizory, na których wyświetlane są wiadomości z całego świata z jednym widokiem- płonące wieże WTC. Po kolei oglądasz obrazy, słuchasz dźwięków, całe twoje ciało pochłania sygnały płynące z każdej pamiątki po wieżach, po ludziach tam pracujących, po strażakach, którzy tam zginęli. W dodatku w Muzeum jest zimno, światło jest przyciemnione. Zrobiono zakamarki, w których można oglądać krótkie, kilkuminutowe filmy, słuchać rozmów z wież kontroli lotów, z samolotów. Ostatni stop poświęcony jest samej Al Kaidzie. Jest tam mowa o Bin Ladenie, o całej organizacji, ludzie muszą wiedzieć o co poszło, co było powodem tak okrutnego ataku. Wszędzie stoją takie wysokie tuby, wyglądające jak śmietniki, ale w tym wypadku to pojemniki z chusteczkami higienicznymi. Wielu ludzi poruszonych, płaczących, rozmawiających, wymieniających doświadczenia z tamtego okresu. Niesamowite. Widać jednak, że Ameryka jest silna i dała sobie radę, podniosła się z tej ogromnej tragedii. Wszędzie czuć tam nadzieję na lepsze jutro. Wrażenie niesamowite, wspomnienia wracają, człowiek wychodzi skupiony, zasmucony, ale z nadzieją.

Oczywiście poszłyśmy zobaczyć fontanny. Dookoła nazwiska ofiar. Gdzieniegdzie włożone białe kwiatki, oznaczające, że dana osoba obchodzi urodziny. Człowiek uświadamia sobie ogrom tragedii. Wszędzie pełno ludzi, dookoła drzewa, miejsca do siedzenia. Można usiąść, podumać, pomyśleć. Idąc dalej, kawałek od fontann, facet w ciemnych okularach z psem zaczepił młodą dziewczynę, ciągnącą walizkę, kazał jej stanąć, pies obwąchał bagaż, podziękował i poszedł dalej. To mną bardzo wstrząsnęło, bo to oznaczało, że zagrożenie jest nadal realne i każdy obok może być potencjalnym zamachowcem. Dlatego też wszędzie widoczna jest policja, dużo policji, zwykłej drogówki i tych ubranych na czarno, w kamizelkach kuloodpornych, z długą bronią.

Powoli szłyśmy dalej idąc w kierunku Wall Street. Bardzo chciałam zobaczyć centrum finansowe. W końcu z tego też znany jest Nowy Jork. Muszę stwierdzić, że ten rejon jest bardzo dziwny. Czułam się tam jak w Harrym Potterze. Nie wiem dlaczego. Uliczki zawiłe, kręte, rozwidlenia- tam kończy się typowa szachownica, która tak bardzo ułatwia chodzenie w Nowym Jorku i orientację w terenie. Weszłyśmy na kawę do Starbucks’a, zero krzeseł, tylko jeden mały stoliczek do oparcia się. Wall Street tym właśnie się charakteryzuje- szybko, nie ma czasu na siedzenie z kawką. Pełno ludzi z teczkami, w garniturach, spieszących gdzieś. Dosłownie przez przypadek trafiłyśmy na słynnego byka! Oczywiście ludzi co niemiara! Naprzeciw byka postawiono jakiś czas temu dziewczynkę. Ludzie stoją w długich kolejkach, żeby zrobić sobie zdjęcie przy byku i dziewczynce. Jeszcze mnie coś nie opuściło, żeby stać nie wiem ile i czekać. Dlatego swoim zwyczajem, jedną ręką dotknęłam byka (czyli będę bogata i to nie ulega wątpliwości :) chociaż mój mąż mówi, że to się nie liczy, bo to trzeba byka jaj dotknąć!), drugą robiłam sobie selfi :) później z daleka walnęłam sobie selfiacza z dziewczynką i pasuje :) Mogłyśmy pójść dalej. Zmęczone, ale mega szczęśliwe poszłyśmy do metra i do domu. Dach, piwko, odpoczynek, później pakowanie walizek, bo następnego dnia wylot.

Cudowny Nowy Jork. Chciałabym tam wracać co rok.

Opublikowano Dobro, Kuchnia, Literatura, Miłość, Nowy Jork, Pieniądze, Podróże, Rodzina, Szczęście, Uroda, Urodziny, Wiara, Wycieczki, Zakupy, Zdrowie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj